Strona główna

Sonda

Jakie imię będzie nosił nasz Bociek?:

Lokalni Przedsiębiorcy

Opowiadanie pt:"Tomek" - autorstwa Andrzeja Boczyńskiego

Jak co dzień stała na szczycie wzgórza patrząc w morze. Który to już raz? Sama nie wiedziała. Na pewno minęło ponad pół roku od tamtego dnia. Pamięta go, jak wczorajszy i chyba już nigdy nie zapomni. Morska bryza, szum fal i ten smak słonej wody niesionej wiatrem zawsze będzie jej przypominać ten jakże zwykły, wrześniowy poranek.

Już w nocy miała złe przeczucia. Długo nie mogła zasnąć, a gdy już sen przyszedł, przyniósł ze sobą wspomnienie ojca, który przeszło pięć lat temu wypłynął na swój ostatni połów. Widziała go pośród pozostałych rybaków z jego załogi. Przyszedł, aby się pożegnać i obiecać, że zaopiekuje się Tomaszem, jej mężem. Rano, gdy się obudziła, powiedziała o tym Tomkowi, ale on tylko się zaśmiał i zażartował, że opieka mu się przyda, bo od dwóch tygodni nic nie złowili. Tego dnia wypływali ostatni raz w tym roku na głębię. Chcieli coś złowić przed nadchodzącymi, jesiennymi sztormami.

Po śniadaniu Tomasz ucałował ją w czoło i, jak zwykle, ubrał się i wyszedł kierując się w stronę Starniowego Żlebu. Chciała jeszcze wybiec za nim i powiedzieć, że bardzo go kocha i że będzie się modlić do Królowej Rybaków o jego szczęśliwy powrót, ale gdy wyszła na drogę, on był już daleko. Nigdy nie lubił wolnego kroku, dlatego też wołano go „Długonogim Tomkiem”. Gdyby tylko wiedziała, że widzi go ostatni raz…

W porze obiadu zaczął wiać lekki, chłodny wiatr ze wschodu. Było to dziwne i niepokojące, gdyż takie zmiany pogody nigdy nie wróżyły niczego dobrego. Niestety tym razem miały wywróżyć prawdziwa tragedię.

Około godziny czternastej zaczęło wiać tak, jakby sam Lucyfer chciał przewietrzyć piekło. Niewiadomo skąd zeszły się ołowiane chmury zakrywając całe niebo. Cały świat ugiął się pod wpływem tej pogody. Niewrażliwe na aurę zdawały się być jedynie kobiety stojące na brzegu i wypatrujące łodzi swoich mężów. Każdy żagiel w oddali budził iskierki nadziei w ich sercach. Nieraz któraś kobieta prawie rzucała się w morze widząc znajomy kształt łodzi, lecz niestety często były to puste już skorupy ze skrzydłami żagli targanymi wiatrem, bo nie było już nikogo, kto by odpowiednio je ustawił. Ileż to razy też łódź z rybakami pokonywała góry fal, by zniknąć w dolinie za grzbietem którejś z nich i już nigdy się nie pojawić. Zawsze wtedy kilka kobiet odwracało się idąc w stronę wsi i zastanawiając się, jak wytłumaczyć dzieciom, ze tata już nie przyniesie ze sobą do domu zapachu morza i kilku świeżych ryb.

Po tym dniu prawie każdy w okolicznych wsiach stracił męża, ojca, brata, kuzyna, czy wuja. Od Jastarni po Rozewie kobiety długo jeszcze wypatrywały prawie dwudziestu łodzi, które już nigdy nie dobiły do brzegu.

Ona także długo żyła nadzieją, że jej mąż trafił na ląd gdzieś na zachód od Karwi. Codziennie, gdy wszystkie prace w domu miała już skończone, przychodziła tu, aby wypatrywać Tomasza wracającego ze swego najdłuższego połowu.

Ludzie ze wsi początkowo patrzyli na to ze współczuciem, lecz później współczucie zaczęło się przeradzać w obawę, by w końcu stać się politowaniem. Wszyscy stwierdzili, że straciła rozum; że powinna znaleźć sobie innego męża, który zapewni jej dobry byt, tym bardziej, że była jeszcze młoda i kilku rybaków konkurowało o jej względy. W końcu jednak ludzie zaczęli mówić, że „Strądowa Marta”, jak ją nazwano, jest wariatką, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie mógłby żyć tak długo wierząc w niemożliwe.

Ona też o tym wiedziała, dlatego już dawno porzuciła nadzieję, ale żal pozostał. Długo wierzyła, że jej ukochany Tomek wróci, później zaczęła wątpić, aż w końcu przychodziła na strąd tylko po to, by w spokoju i samotności opłakiwać męża i cząstkę siebie.

Obróciła twarz od morza i rozejrzała się dokoła. Zawsze kochała to miejsce. Szczególnie o tej porze, w środku maja, lubiła tu przychodzić i patrzeć na Grencznik usiany kwieciem, na pracowite pszczoły zbierające nektar, na ptaki obserwujące ją i rybaków wracających z połowu, na błękit fal usianych gdzieniegdzie białymi bałwanami piany. To tutaj zakochała się pierwszy i ostatni raz w młodym rybaku i to tu razem z Tomaszem postanowili przeżyć resztę życia razem.

Kwiaty i drzewa w oddali znów zasnuły się mgłą, gdy łzy po raz kolejny napłynęły jej do oczu. Odwróciła twarz w stronę morza i wtedy też zobaczyła małą, białą plamkę gdzieś na linii horyzontu. Przetarła oczy, żeby lepiej widzieć. Po pewnym czasie plamka powiększyła się na tyle, że można już było odróżnić nietypowy, jak na tą okolicę, kształt żagla i pokład, na którym czterech ludzi utrzymywało łódź na odpowiednim kursie.

Zbiegła w dół zbocza, gdzie stała już gromada ludzi ze wsi ciekawych, kto płynie tym kutrem. –To nikt od nas – powiedział stary Paweł Gojka – Widziałem takie kutry, kiedy łowiłem kiedyś na głębi niedaleko szwedzkiego brzegu.
– Spójrzcie jak omija płyciznę – krzyknął ktoś z tyłu – To tak, jakby się tu wychował.

Faktycznie, łódź, kierowana wprawną ręką sternika, szybko płynęła w stronę brzegu, zręcznie omijając wszelkie mielizny i niebezpieczne miejsca tak, że po kwadransie dobijała już do brzegu.

Czterej mężczyźni wyszli na brzeg. Ich twarze pokryte były gęstym zarostem, przez co na pierwszy rzut oka wyglądali jak bracia. Lecz jeden z nich trochę się odznaczał odmiennym typem urody od pozostałych. Był niższy i potężniej zbudowany od pozostałych. W jego ruchach zdało się być coś swojskiego, znajomego.. Pomimo gęstej brody i szwedzkiego stroju Marta natychmiast poznała te zielone oczy, w których się zakochała tak, jak pokochała zielone łąki kaszubskiego brzegu. Nie mogła jednak uwierzyć, bo przecież było to niemożliwe. Nie wierzyła, dopóki nie podeszła, nie usłyszała głosu, nie poczuła silnych, spracowanych ramion, za którymi tyle nocy płakała i tęskniła.
– Wszelki duch Pana Boga chwali! – wykrzyknęła Maria Budziszowa – Tomku to ty? Jak to możliwe, że cię już dawno opłakaliśmy, a ty do nas wróciłeś? Co się z tobą działo tyle czasu?
– Spokojnie, wszystko po kolei – ozwał się Tomek przez ściśnięte ze wzruszenia gardło – Opowiem wszystko w domu, jak odpocznę. Zajmijcie się, proszę, moimi przyjaciółmi. Ja teraz marzę tylko, by znów ujrzeć rodzinne kąty – powiedział, po czym dodał, zwracając się do Marty – Czy mamy w domu chociaż kruszynę naszego chleba? Za chlebem też bardzo tęskniłem. –
Nawet, jeśli nie mamy, to upiekę ci tyle, ile tylko zdołasz zjeść. Nareszcie Najświętsza Panienka wysłuchała moich modlitw.

Ostatnie słowa wypowiedziała już sama do siebie, wtulona w jego kurtkę i prowadząc go ścieżką w kierunku domu.

Następnego dnia już od rana nie mogli opędzić się od gości. Każdy chciał się przywitać, porozmawiać, czy choćby dotknąć bohatera, który zwyciężył morze. Tomasz osobiście nie czuł się jak zwycięzca. Czuł się bardziej, jakby morze go pokonało, ale w akcie miłosierdzia go oszczędziło. Wypytywany ciągle o przebieg wypadków postanowił, że zaproszą wszystkich na kolację z okazji cudownego powrotu, a po kolacji wszystko opowie.

Po obiedzie Tomek wyszedł na strąd by spojrzeć na morze wreszcie z kaszubskiego brzegu, oraz pożegnać swoich zamorskich przyjaciół, którym przecież zawdzięczał życie. Pomimo, że morze prawie go pozbawiło życia, on nadal je kochał. Teraz jednak nie mógł oderwać wzroku od zielonych, ukwieconych pagórków jego umiłowanych Kaszub. Tych Kaszub, które go wychowały, które co dzień witały go wracającego z połowu, a nocami tuliły do snu szumem fal i zapachem łąk niesionym nocną bryzą. Kaszub zamieszkanych przez ludzi dumnych i odważnych, a jednocześnie skromnych i uczciwych. Kaszub, nad którymi władzy ani pieczy nie sprawował żaden pan i władca, ani krzyżacki, ani niemiecki, ale tylko Królowa Rybacka, Najświętsza Pani ze Swarzewa.

Gdy tak stał na brzegu, podszedł do niego Antek Kohnke. Tomek pomimo swej pokaźnej postury, przez wielu porównywanej do siłaczy z cyrków, które czasami przejeżdżały przez okoliczne wsie, przy Antku wyglądał niemal jak ułomek. Antek mimo zaledwie siedemnastu lat mierzył prawie 190 cm. wzrostu, a ramię miał prawie trzykrotnie grubsze niż u niektórych szczupłych mężczyzn z okolicznych wsi. Natomiast głos jego brzmiał jak dźwięk odległego grzmotu. Pomimo tak groźnego wyglądu serce miał tak czyste i szczere, jak u kilkuletniego dziecka.
– Od czasu, jak wypłynąłeś, Marta codziennie stała godzinami dokładnie w tym samym miejscu, co ty teraz. Gdy już wszyscy stracili nadzieje, ona wciąż wierzyła.
– Do czego zmierzasz? – zapytał Tomasz, bo wiedział, ze Antek zawsze miał problem, aby przejść do sedna
- Chodzi o to, że ja tez długo miałem nadzieję, że… no wiesz…
- Że twój brat wróci razem ze mną?
- Tak. Powiedz, co się z nim stało?
- Wiesz, cały czas mi ciężko na sercu, gdy wspominam tamten dzień. Przyjdź do nas wieczorem. Wtedy wszystko opowiem. Powiem ci tylko, ze gdybym wiedział, że to się tak skończy, nigdy bym nie zabrał ze sobą twojego brata.
- Dobrze już – odezwał się dobroduszny olbrzym – Nie myśl już o tym. Przyjdę wieczorem. Z Bogiem.
- Z Panem Bogiem, Antku. Do zobaczenia wieczorem.

Antek odszedł w kierunku wsi, a Tomek raz jeszcze spojrzał na wielki błękit przed sobą, po czym odwrócił się i ruszył śladem rosłego przyjaciela.

Wieczorem do domu Tomka i Marty przyszło tyle ludzi, że trzeba ich było gościć grupami. Po kolacji wyniesiono z izby wszystkie stoły i krzesła, a i tak ledwo się wszyscy mieścili. Tomasz usiadł na jedynym pozostawionym krześle w takim miejscu, aby go każdy dobrze słyszał, a gdy wszyscy się uciszyli tak, że słychać było szum fal uderzających o brzeg, rozpoczął swą historię.
- Gdy wypływaliśmy, wiał lekki nord zapowiadając piękną pogodę. Postanowiliśmy wypłynąć dalej na północ, gdzie spodziewaliśmy się większych ławic. Jak pamiętacie, było nas czterech: Mój ojciec Jan, mój brat Wojciech, Krzysztof Kohnke i ja. Od dłuższego czasu nie mieliśmy prawie żadnych ryb. Albo mieliśmy puste sieci, albo kilka rybek, którymi trudno byłoby nakarmić nasze rodziny. Gdyby nie wasza pomoc, pewnie przymieralibyśmy głodem. Pomyśleliśmy, że gdybyśmy mieli w końcu jakiś większy połów, moglibyśmy się jakoś odwdzięczyć.

Około południa zobaczyliśmy na wschodzie malutką chmurkę. Nie przejęliśmy się nią, bo, jak mówiłem, wiatr był północny. Jednak z minuty na minutę chmura rosła. Zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak, ale, niestety, było już za późno. Nim wyciągnęliśmy sieci, morze pokryło się krótką falą, a wiatr zaczął zmieniać kierunek na öst. Ojciec chciał zostawić sieci, ale Wojtek nalegał by je zabrać, bo bez sieci nie moglibyśmy w ogóle wychodzić w morze.
Kiedy wszystkie sieci były już na pokładzie, wiało już tak, że mogliśmy postawić jedynie foka do połowy. Przez chwilę zastanawialiśmy się, by go ściągnąć i popłynąć na wiosłach, ale fala była tak wysoka, że nie mielibyśmy szans dopłynąć.

Krzysztof pierwszy wypadł z łodzi. Chciał poprawić sieci, aby woda ich nie zabrała, bo nie mieliśmy nawet czasu, by je poskładać i schować. W momencie, gdy tylko się lekko podniósł, przez pokład przetoczyła się fala, która na moment go oślepiła. Kolejna zmyła go już za burtę. Chcieliśmy zawrócić po niego, ale wiatr nie pozwalał na wykonanie jakiegokolwiek zwrotu. Ojciec rzucił mu więc tylko zapasowe pływaki do sieci, po czym zaczął się modlić, aby go ktoś odnalazł. Najgorsze było to, że wiatr zaczął wykręcać tak, ze teraz wiał z południowego wschodu. Niemożliwe więc było już, aby kierować łódź w stronę lądu. Ojciec powiedział, że jeśli wyjdziemy z tego cało, na pewno damy na mszę w podziękowaniu za opiekę Swarzewskiej Pani, bo to będzie prawdziwy cud.

Nie wiem, jak długo walczyliśmy z morzem, gdy zobaczyliśmy niedaleko drugą łódź z jedną osobą na pokładzie. Po chwili widzieliśmy, jak fala zmywa samotnego sternika do morza. Wiedzieliśmy, że nie możemy mu już pomóc. Odwróciłem się, bo wiatr chlusnął mi pianą w oczy, gdy wtem fala tak przechyliła łódź, ze nie mogłem już się utrzymać na pokładzie i nagle znalazłem się pod wodą. Gdy się wynurzyłem, nasza łódź była już za daleko, bym mógł ją dogonić. Pamiętam jeszcze łzy w oczach mojego ojca, gdy próbował za wszelką cenę zawrócić łódź. Wiatr okazał się jednak bardziej uparty i nie pozwolił mu na zwrot. W następnej chwili zobaczyłem tylko łódź bez sternika wyłaniającą się znad fali. Przetoczyła się przez sam środek naszego pokładu. Widziałem jeszcze, jak Wojtek znika pod wodą przygnieciony resztką stępki.

Co działo się dalej? Nie wiem, bo kolejna fala wciągnęła mnie pod wodę. Musiałem w coś uderzyć, bo straciłem przytomność. Pamiętam jeszcze coś, jakby jakaś siła ciągnęła mnie w górę. Wydawało mi się nawet, że otwieram oczy i widzę twojego ojca, Marto, trzymającego mnie za rękę.

Następna rzecz, która pamiętam, to twarze Szwedów, którzy ze mną tu przypłynęli. Na szczęście Jörg, jeden z nich, pływał kiedyś z Polakiem i mówi dosyć dobrze po polsku. Powiedział mi, że gdy morze zaczęło się już uspokajać, a oni wracali z połowu, zobaczyli w oddali jakby ludzka postać. Wyglądało jakby ktoś stał na czymś i machał prosząc o pomoc. Powiedzieli, że był to wysoki mężczyzna, w jasnobrązowej czapce, spod której wychodziły siwe włosy.
- Jezus Maria! – krzyknęła Konkolowa – Marta, przecież taką czapkę nosił twój tata.
- Też tak pomyślałem – powiedział Tomasz – Gdy Szwedzi podpłynęli bliżej, mężczyzny już nie było. Zobaczyli tylko mnie, leżącego na jakimś kawałku pokładu. Jörg powiedział też, że zastanawiali się w jaki sposób, w stanie skrajnego wyczerpania, mogłem wdrapać się i utrzymać na kilku deskach podczas takiego sztormu. Po dotarciu do Szwecji, tamtejszy lekarz dziwił się, że jeszcze żyję. Jak mówiłem, coś we mnie uderzyło. Miałem pogruchotane kilka żeber, złamaną rękę i nogę, oraz ogromnego guza. Poza tym byłem mocno wyziębiony.

Minęły trzy miesiące, zanim mogłem sam wstać z łóżka. Żona Jörga kilka razy miała ochotę „pogłaskać” mnie patelnią po głowie, bo ledwie zacząłem chodzić o kulach, już nie dało się mnie zatrzymać w domu. Jörg mówił, że nieraz nazywała mnie „Wariatem w morzu zakochanym”. Codziennie rano wychodziłem na brzeg i patrzyłem w morze wiedząc, że gdzieś tam, za tą wielką wodą są moje Kaszuby, moja wieś i mój dom pachnący świeżym chlebem. Dom w którym „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo” i „Wierzę w jednego Boga” to największe wartości na świecie…

Gdy więc tylko usłyszałem, że Jörg zaczyna wypływać na dalsze połowy, nie mogłem już usiedzieć na miejscu. Cały dzień potrafiłem się krzątać wokół ich łodzi. Przez pierwsze kilka tygodni, nie mogli mnie zabrać ze sobą, bo lekarz stanowczo im tego zabronił. Dopiero, gdy po kolejnym badaniu doktor stwierdził, że mogę sam utrzymać się na łodzi, nie było siły, która utrzymałaby mnie na lądzie. Cały dzień chodziłem jak struty i wreszcie żona Jörga przekonała go, żeby podpłynął ze mną aż do naszego brzegu. Podobno byłem tak nieznośny, gdy nie mogłem pływać, że chciała już wynająć jakąś łódź, która by mnie dostarczyła do domu.

Kiedy wypływaliśmy widziałem jednak łzy w jej oczach. Jörg mówił, że pokochała mnie jak rodzonego brata. Przez całą drogę się zastanawiałem, co zrobić, aby łódź płynęła szybciej. Szwedzi śmiali się, ze zaraz wyskoczę z cumą w zębach i pociągnę łódź do samego brzegu. Szczerze powiem, że gdy zobaczyłem znajome wybrzeże, miałem ochotę wyskoczyć z łodzi i popłynąć wpław. Byłem tak szczęśliwy, że prawie zapomniałem o mieliznach. Na szczęście Jörg poprosił, abym usiadł przy sterze, bo on nie zna tych wód.. resztę opowieści już sami znacie….

Po tym jak Tomek skończył opowieść, nikt z obecnych nie śmiał się odezwać. Nikt nie czuł, że ma do powiedzenia coś na tyle ważnego, co mogłoby dorównać, lub chociaż pasowałoby do historii, którą przed chwilą usłyszeli. Dopiero stary Alojz Budzisz przerwał panującą ciszę:
- Nie obrazisz się Tomku, jeśli powiem, że możemy cię od teraz nazywać „Tomkiem, który zwyciężył morze”.
- Nie, nie obrażę się, ale myślę, że będzie to niewłaściwe określenie. Ja nie zwyciężyłem morza. Sądzę, ze komuś po prostu udało się ubłagać wodę, aby zadowoliła się tymi, których już pochłonęła, a mnie puściła wolno.
-Niektórzy twierdzą, że jeśli ktoś ofiaruje swoją śmierć za życie innej osoby, to jego miłość i poświęcenie są w stanie przebłagać każdego. Myślę, że powinieneś być wdzięczny swojemu ojcu i bratu bardziej, niż gdyby nawet zawrócili i cię wyłowili.
- Masz rację… A teraz przepraszam wszystkich, ale nadal jestem zmęczony i chciałbym się już położyć spać. Nareszcie położę się wiedząc, że gdy jutro się obudzę nadal będę tu, w swoim domu, a za oknem będę słyszał szum morza i szczekanie gojkowego Fafika. I już nie będę nigdy się bał, że to tylko kolejny, piękny sen…

 

Partnerzy Serwisu

Kto Nas LUBI :)

Oddaj krew - Krew ratuje życie

 

 

 

Kliknij baner po szczegóły.

Kalendarz wydarzeń

Ostatnie komentarze

Pogoda

Nasza pozycja w sieci

PRchecker.info